Opieka nad dziećmi z Centrum Bosconia w Piura, Peru.

„Dios nos ha puesto en este mundo para amar”

Tak Alicja*, masz rację pół strony o Vacaciones ùtiles to tak, jakby nie napisać nic, ale… Chciałabym Ci przypomnieć nasz około 20 godzinny dzień pracy, moje ciągłe przemieszczanie krzesełek, wyszukiwanie brakujących tablic, proszenie się o kredę, gąbki i zawsze najbardziej potrzebny papel lustre oraz wykradanie każdej chwili w ciągu dnia by przygotować zajęcia, słówko czy modlitwę, wykąpać się czy pobyć tylko ze sobą. A wszystko to przy 35 stopniowym upale 24 na dobę i moim przeziębieniu, które było dość podejrzane skoro trwało ponad miesiąc. To wszystko razem jakoś odbierało mi siły do pisania. Hehe, pamiętasz jak łapałaś mnie na zasypianiu przed kompem? Zresztą wiesz Aluś, że styczeń i luty to nie był mój najlepszy okres w Bosconii, znaczy był i nie był. Atmosfera była świetna, przyjaźnie się zawiązywały i utrwalały, ale same Vacaciones ùtiles i Sol Bosco kosztowały mnie wiele nerwów i wiele wewnętrznych bitw.

Poza tym to był czas kiedy całą sobą chłonęłam Piura, łapałam wspomnienia, bo zegar tykał nieubłaganie, to była końcówka mojego wolontariatu, więc szkoda było czasu na ślęczenie przed komputerem, wolałam czasem posiedzieć na huśtawkach, posłuchać echa w „nowym kościele”, pobłądzić po oratorium ( o! tego chyba nie wiedziałaś). Kiedy przyjechali moi bliscy to już w ogóle nie miałam na nic czasu.

No i przyszedł czas wyjazdu… Najpierw pożegnanie z w kościele, prawie obce kobiety przychodziły mnie wyściskać, tyle dobroci przelewały w swoich słowach, tyle osób płakało.. Później pożegnanie z animatorami, za które ogromnie Ci dziękuję, no i ostatni dzień. Moje ostatnie chwile na Villa Kurt Beer, dzieci cieszące się z polskich czekoladek i powtarzające „nie wyjeżdżaj”. Później podziękowanie wyryte na medaliku, który dostałam od ks. Piotra, a raczej całej wspólnoty, pośpiesznie pakowana walizka (i pomyśleć, że zwykle pakuję się dużo wcześniej i wszystkie rzeczy są równiusieńko poukładane), uściski, uściski i jeszcze raz uściski, pospiesznie szeptane błogosławieństwa, oddanie kluczy i już wyjeżdżamy z Bosconii, ostatnie spojrzenie na dom… A później Wy na dworcu, heh domyśliłam się, że Angela tak mnie nie puści:) Dziękuję, bardzo to było dla nas ważne i miłe. No i ks. Ramos, który przyjechał za nami taxówką, Wasza miłość otaczała nas z każdej strony.

W autobusie czytaliśmy z Danym listy pożegnalne, oglądaliśmy prezenty. Już nie pamiętam co od kogo, ale wszystko zachowałam. 15 godzin minęło szybko i już byłam w Limie, zaczął się inny czas pobytu w Peru..

Wiesz co mnie dziwi do teraz? Brak łez, chyba to wszystko było zbyt ważne dla mnie. Owszem płakałam, że jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem, kiedy zdałam sobie sprawę, że to już ostatnie dni. Ty byłaś na plaży a ja wylałam morze łez. A później już nic, inni ocierali łzy, a ja czułam tylko takie ciepło a czasem ból w sercu.. No i przecież wkręciłam sobie, że wrócę, nie wiem jak to zrobię, ale wszystkim mówiłam do zobaczenia a nie żegnaj. Obiecałam, muszę więc wrócić.

Czas od wyjazdu z Piura 21 lutego do wylotu z Peru 16 marca minął bardzo szybko, wręcz ekspresowo. Do czasu, gdy mój komputer jeszcze działał byłam stale w kontakcie z ludźmi z Piura i próbowałam napisać coś na bloga. Później jednak nie udało się znaleźć komputera z polską klawiaturą i tyle czasu, by siąść i zebrać myśli.

Dziś spotkałam się z przyjaciółkami, zjadłyśmy turron z Limy, chifles z Piura, canchitę, panteon, cukierki z coki, piłyśmy nawet chicha morada z sobre. Taka słodka cząstka Peru w Polsce. Zobaczyłyśmy zdjęcia, a raczej ich cząsteczkę, dziewczyny poszły a ja postanowiłam w końcu postawić kropkę i napisać zaległy post.

Temat zaczerpnęłam z mojej peruwiańskiej flagi, pełnej autografów i dedykacji. Tłumaczyć nie będę, wszyscy wiedzą, że jesteśmy tu żeby kochać. By kochać do tego stopnia, że gdy samolot wzbija się w powietrze, światła Limy stają się coraz mniejsze, coś ściska za serce, po policzku spływają dwie duże łzy a usta szepczą „wrócę”…

* ten post jest odpowiedzią na komentarz Alicji do “Z Księdzem Bosco jet bosko”, dla tych, co nie wiedzą – Alicja jest wolontariuszką SOM w Warszawie, z którą pracowałam w Bosconii i która zostaje tam do lipca

Z Księdzem Bosco, jest BOSKO!

Jedną nogą w Polsce, myślami w Cusco, pędzę donieść co dzieje się w Piura. Dawno nic tu nie pisałam, bo i nie było kiedy i nie bardzo chciałam się dzielić wszystkim co się działo. Zbieram teraz wspomnienia i chowam w sobie jak muszelki w pudełku. Nie chcę żebym kiedyś odkryła, że nie pamiętam jakiegoś spotkania, osoby, uśmiechu…

Doświadczam też ostatnio wiele miłości i oznak przywiązania, wystarczy, że wspomnę, że to moje ostatnie dni w Bosconii i większość roześmianych buziek smutnieje, oczka robią się szkliste. Przeżyłam już kilka rozstań takich powiedzmy, że na zawsze, bo kilkoro dzieci wyjechało na wakacje albo moja córka Teresa, przeprowadziła się. Było ciężko, szczególnie, że nikt mnie na to nie przygotował, dowiedziałam się tego samego dnia, że to już, że koniec, że pa… I nawet łza nie spłynęła na policzek, bo… bo ja w to nie wierzę, że to już, że przyjdzie mi powiedzieć żegnajcie, że naprawdę stąd wyjadę. Tak samo, jak do dziś nie czuję tego, że jestem tak daleko od domu, wciąż wydaje mi się, że po prostu przez jakiś czas nie mogę pojechać do rodziny, nie czuję po prostu tej odległości, tych kilometrów ciągnącego się aż po brzegi Europy oceanu.

„Seniorita niech nie wyjeżdża”, „kiedy znowu przyjedzie?”, „dlaczego nie może zostać?”….i wiele innych zdań tego typu słyszę na co dzień. Chino liczy ile dni brakuje do przyjazdu moich rodziców i narzeczonego. Mówi z uśmiechem „Magda już za dwa tygodnie, Magda!”, a ja „tak tak Edson, już zaczynasz przygotowywać fiestę, wyjadę i będzie je! w końcu sobie pojechała”. „Nie Magdusia, ja się cieszę z Tobą, że będziesz mogła zobaczyć swoją rodzinę, ale nie chce żebyś wyjeżdżała, nie możesz zostać?”.

Vacaciones utiles, które teraz prowadzimy od początku powodowały we mnie sprzeczne uczucia, zasadniczo była ma nie, nie odnajduję się jakoś specjalnie w tej formie apostolatu, ale ekipa ludzi, którzy przy tym pracują jest świetna. Jest po prostu tak jak powinno być. Dzielimy się zadaniami, jedzeniem, rozmawiamy jak starzy znajomi, dokuczamy sobie, również klerycy, których przysłano z Limy i jeden aspirant wprowadzili ożywienie do wspólnoty. Z nimi też śmieszne rzeczy odchodzą, budzimy się wzajemnie na porannych medytacjach, rzucamy serwetkami przy jedzeniu, no i wspomagamy jak się da. Dwójka z nich to moi synowie, kolejnych dwóch to rodzeństwo, jeden stwierdził, że nie chce być moja rodziną, jest po prostu Pedro. Z braćmi przygotowywujemy słówka na dzień dobry, które mają być motywacją na cały dzień. W zasadzie robi to nasz starszy brat hno. Daniel, a że jest dobry w te klocki, to ostatnio zostało jeszcze czasu na założenie mi FB, bo przecież nie może być, że nie będę miałą z nimi kontaktu. Tak to żyje się teraz w Bosconii.

A dlaczego okres wakacyjny mniej mi się podoba niż wcześniejszy? Bo tak wyszło, że muszę więcej pracować z listami i rzeczami, co ludźmi, naszymi kochanymi, rozkapryszonymi i rozkrzyczanymi wtedy co nie trzeba oratorianami. Ale już jakoś przyjęłam do siebie, że logistyką też ktoś musi się zająć i że jeśli padło na mnie to to zrobię najlepiej jak potrafię i staram się tak to zorganizować, żebym jeszcze jak najwięcej czasu mogła poświęcić na bycie z dzieciakami. Dzieci z vacaciones jest 650, po południu na Sol Bosco przychodziło ok. 120, ale teraz, gdy rozpoczęły się zawody, mamy tu blisko 300 dzieci. Z tysiącem to ja się nawet pożegnać nie zdążę. Pero cicho sza o pożegnaniach, jeszcze będzie, teraz kilka fotek, by zilustrować co tu się tak naprawdę dzieje.

Witajcie w Nowym Roku!

Właśnie skończyliśmy rozładowywać kontener z darami z Kanady.Wreszcie się go doczekaliśmy, czekaliśmy już od połowy grudnia. Szkoda, że zabawki przyjechały już po Świętach, ale i tak dzięki wielkie naszym kanadyjskim darczyńcom. Z tego, co widziałam dzieci obiedzą się czekoladowymi ciasteczkami (uwielbiają takie, bo prawie nie znają smaku prawdziwej czekolady, ta peruwiańska jest albo czekoladopodobna, albo strasznie droga), będzie też czym się bawić i w co ubrać, na czym ugotować i z czego zjeść. A jak kogoś najdzie ochota pojeździć na nartach, to ma do wyboru dwie pary, a w komplecie buty (jak się dobrze poszuka to pewnie i gogle się znajdą).  To mnie trochę dziwi – wydawać tyle pieniędzy, żeby wysłać narty komuś, kto dziwi się gdy pada deszcz, a śnieg widział tylko na obrazku. Ale jak to mówią: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Wierzę, że zawartość tej ciężarówki sprawi radość wielu osobom.

Dobrze by było pospać trochę, a więc inne newsy innym razem.

Ilustracje do poprzedniego posta

Przełom listopada i grudnia:

8 grudnia – Encuentro de los oratorios:

12 grudnia – ostatnie Oratorio periferico na Villa Kurt Beer w tym roku:

Świątecznie:

21 grudnia – Chocolatada dla dzieci poniżej 5 roku życia oraganizowana w Bosconii przez Fundację Damas Ayabacuñas:

Nowenna do Dzieciątka Jezus:

Ciąg dalszy nastąpi.

Feliz Navidad!

Po pierwsze to przepraszam, że już ponad miesiąc się nie odzywałam. Tłumaczenie? Cóż albo urobiona byłam po łokcie i siadając przed komputerem zasypiałam (o czym Alicja Wam chętnie opowie), albo jakoś nie miałam ganas para escribir, bo nie zawsze ma się dzień na bloga. Zaraz Was wprowadzę w to, co minęło i w to, co dzieje się teraz, ale przedtem:

Życzę byście nigdy nie zapomnieli dlaczego świętujemy i między kuchnią a stołem odnaleźli Maleńkiego Jezuska, naszego Zbawiciela, który niech Wam błogosławi obdarzając radością i pokojem.

Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy jak wielką rolę w świętowaniu odgrywa otoczka i forma świętowania. Przyzwyczajona do codziennej asystencji na roratach, których tu nie ma (codziennie byłam na Mszy świętej we wspólnocie, ale jednak roraty to roraty) nie potrafiłam odnaleźć się w adwencie. Opuszczałam kaplicę i śpiewałam Oto Pan Bóg przyjdzie, Niebiosa rosę albo Maranatha żeby poczuć klimat oczekiwania. Druga część adwentu zbiegła się z zakończeniem tegorocznego oratorium. W sobotę wieczorem dowiedziałam się, że niedziela 12 grudnia to moje ostatnie oratorio periferico na Villa Kurt Beer. Oratorium, którego nie potrafię ogarnąć tak od A do Z, ale z którym się strasznie zżyłam. Nie tak to sobie wyobrażałam, ale cóż jesteśmy w Peru i trzeba brać co dają i wykorzystać to najlepiej jak można. Na szczęście dzieci, nieświadome tego jak wielką radość mi sprawiają, pokazały, że moja 5 miesięczna obecność w tym miejscu wydaje jakieś owoce. Chyba po raz pierwszy udało się zebrać wszystkie dzieci i przeprowadzić jedną wspólną zabawę, w której wszyscy co do jednego brali udział i byli zadowoleni. Integracja, to czego mi brakowało wśród tych dzieciaków, została osiągnięta. No dobra, wiem, że to nie jest sprawa jednorazowa, ale myślę, że jak się udało raz, to każdy następny będzie już łatwiejszy.

Skończyło się też tegoroczne Estudio dirigido i festivo. Dniem zakończeniowym był czwartek 16 grudnia, w którym to dniu w Bosconii miała miejsce Chocolatada. Już w listopadzie, a w grudniu to właściwie każdego dnia, słyszałyśmy od dzieci to słowo, które początkowo niewiele nam mówiło. Teraz już wiemy, że wiąże się z piciem gorącej czekolady, jedzeniem panetonu i prezentami. Część pierwsza była artystyczna i oprócz zorganiozowanej grupy zabawiaczy występowały wybrane i przygotowane przeze mnie dzieci. Zdjęcia z jasełek, gdy Alicja zgra je z swojego aparatu. Tego dnia rozpoczęła się też Nowenna do Dzieciątka Jezus, na którą przychodziło bardzo dużo dzieci. Zwabione rozdawanymi każdego dnia karteczkami, z których powstał obrazek. Na wszystkich, którzy oddali te obrazki kompletne czekał prezent. 104 było najwytrwalszych i dziś z Mszy Świętej wracali z swoimi premiami.Przychodziły dzieci z wszystkich oratoriów oraz z sąsiadującego z nami colegio, gdzie byłyśmy z zaproszeniami.

Wydawać by się mogło, że gdy nie ma oratoriów wolontariuszki mają wolne i odpoczywają leżąc do góry brzuchem. Może i są takie miejsca, ale Bosconia do nich nie należy. Zostałyśmy zaangażowane w ubranie trzech choinek, świąteczne przyozdobienie domu, ustawienie szopki w kościele (co zajęło dwa przedpołudnia i wcale mnie nie satysfakcjonuje, a także zrobienie zakupów świątecznych, ponieważ przypadło nam w udziale przygotowanie kolacji wigilijnej i świątecznego obiadu.

Jak już wspomniałam kolację, na której był barszcz z uszkami (Eli i Asi dziękujemy za kapustę kiszoną), pierogi: ruskie i z serem, kompot, indyk, arroz arabe, salsa de piña, ensalada de frutas, makowiec, sernik, różnorodne pierniczki, a wszystko to wyszło z pod polskich rączek (nie ma to jak przygotowywać coś czego się nawet raz w życiu nie jadło. W tym miejscu chce powiedzieć ogromne MUCHAS GRACIAS dla rzeszowianek Ani i Basi, które zrobiły całą czarną robotę i bez których chyba do dziś siedziałybyśmy w kuchni. Z nieba nam spadły te dwie kochane turystki, które podróżują z Boliwii aż do Panamy, a z nami postanowiły spędzić Święta.

Więcej oraz zdjęcia w kolejnym odcinku, dziś słucham moich bliskich i idę wcześniej spać:)

Hasta pronto!

Błogosławieni zmęczeni, albowiem oni wiedzą, że pracowali

Kolejny raz spełniają się moje słowa, że na misjach robi się wszystko. Dodałabym jeszcze, że często jest to to, czego w Polsce by się nie zrobiło. Przykład? Indyki zawsze napawały mnie strachem. Duże to takie, skrzydlate i w dodatku nie lubi czerwonego i może zaatakować. Takie mniej więcej miałam zdanie o tych ptaszkach. A dziś łapałam jednego po drugim i zanosiłam do zaszczepienia. Dziwne? Nie, po prostu Padre Pedro prosi, wolontariuszki nie odmawiają. A Padre twórczy jest bardzo i zaskakuje różnorodnością zadań, które nam proponuje. Ale wracając do indyczków, to chyba mogę być z siebie dumna, bo pierwszego złapałam bez problemowo, z drugim było trochę gorzej, ale później Rildo sprzedał mi swój patent tak, że pod koniec nawet dwa naraz udało mi się złapać. Zabawne to było zadanie, zupełnie inne niż codzienne.

Cały dzisiejszy dzień był inny niż te w zeszłym tygodniu na przykład. Przez dwa ostatnie dni zaraz po zakończeniu oratorium porannego oraz od obiadu aż do ok. 18 chodziłyśmy z Alicją po slumsach roznosząc zaproszenia na zebranie rodziców, które odbyło się dzisiaj. Początki miałyśmy trudne, bo nie miał, bądź nikt nie chciał nam towarzyszyć. Poszłyśmy więc same, najpierw do mojej kochanej Villa Kurt Beer. Pomogli nam oratorianie, bo to, że miałyśmy teoretycznie dokładne adresy jeszcze nic nie znaczy. Wcale nie jest tak łatwo odnaleźć Mz. E’ lote 37 Villa Kurt Beer. Ale w końcu mogę powiedzieć, że taki adres coś mi mówi. Ba ten adres mówi mi bardzo dużo: trzeba po prostu iść wzdłuż murów Bosconii, spróbować ominąć małe rzepowate roślinki, które czepiają się wszystkiego i będąc koło sklepiku señora Bayony, przejść piaskową ulicę i tuż obok kolejnego sklepiku (wokół którego zawsze siedzą młodzi, znudzeni ludzie) jest właśnie Mz. E’ lote 37 VKB. Inaczej mówiąc: tam właśnie mieszka Ana Mercedes Mora Bruno ze swoją małą siostrzyczką. Za to nasza kucharka señora Jenny i jej córki, nasze oratorianki mieszkają Mz. B 4 lote 13 Nueva Esperanza i też potrafię tam trafić (się nie śmiejcie, raczej dumni ze mnie bądźcie). To już wiedziałam dzięki roznoszeniu ulotek, ale w środę byłam tam kolejny raz z zaproszeniami. Byłyśmy też w sektorze 10 Nueva Esperanza. Nikt z animatorów nie chciał tam z nami iść, bali się, że im nowe buty ukradną. My też w niektórych miejscach miałyśmy stracha, ale przecież Bóg wie, gdzie nas posyła. Szkoda tylko, że te wszystkie manzanynie po kolei i nieźle się naszukałyśmy domów naszych dzieciaków. Odnalazłysśy jednak wiele osób, które zarówno teraz, jak i kiedyś chodziły do oratorium. W czwartek mogłyśmy się rozdzielić, bo znalazły się osoby, które mogły nam towarzyszyć. Nie wiem jak Alicja, ale moi pomocnicy czasem mniej się orientowali w tych adresach niż ja, ale przynajmniej wiedzieli, gdzie jest Aledaños Kurt Beeer i Villa Perú Canadá. Te właśnie miejsca odwiedziłam i o wiele bliższe stały mi się dzieci tam mieszkające. Tego dnia wróciłam bardzo zmęczona. Czułam się trochę jak na pielgrzymce: cały dzień na słońcu, chodzenie po piasku, a więc całe ciało w pyle, palce u rąk spuchnięte, podobne zmęczenie i efekt duchowy. Takie coś to ja mogę robić! Poznałam rodziny naszych oratorianów i ich samych na tle domu, no i dzięki temu odbyło się dziś spotkanie z rodzicami.

Na liście miałyśmy ok. 600 dzieci, wszystkich domów nie udało się odwiedzić, ale sporą część zaprosiłyśmy. I tak oto blisko setka rodziców przyszła dziś do Bosconii. Zapraszałyśmy na 16:00, pierwsze mamy przyszły ok. 15:30, ostatni dotarli ok. 18:00. Spotkanie rozpoczęliśmy ostatecznie z psychologiem ok. 16:40, a coś po 17pm. Przyszedł Padre Pedro. Cóż, króluje „hora peruana”:).

Señorita Macarena:)

Przez 24 lata swojego życia nie zauważyłam podobieństwa w imionach Magdalena i Macarena, a mały i strasznie zabawny, głównie przez swoją nieporadność, Daniel Alberto już w pierwszych wersach słynnej piosenki usłyszał moje imię. I tak oto z señority Magdaleny stałam się dla niektórych señoritą Macareną. Ale señorita się nie gniewa i nawet tańczy przy tym hiciorze. Zresztą gniewać to by się nie dało na te żyjątka małe, co tak się o señoritę martwią.. Oczywiście od razu mówią, pomóc chcą albo się denerwują, że señorita taka nieuważna. Oto kilka przykładów:

Roznosimy ulotki, wdaję się w rozmowę z 3 czy 4 chłopakami, którzy jak na moje oko po prostu owoce sprzedają. Gdy jednak trochę od nich odchodzę, słyszę od Edsona „nie bałaś się?”. Wyjaśnia mi, że to członkowie okolicznej grupy przestępczej, cóż tym razem, byli dla mnie mili i oby się to nie zmieniło. Sama się nie bałam, ale Milagros i Edsona przesatrszyłam.

Innym razem przychodzę sama do Villa Kurt Beer (gdzie mamy oratorio periferico) i słyszę od Liseth: „To już nie ma w Bosconii chłopaków, którzy mogliby señoricie towarzyszyć?”. Też się o mnie bała, bo w okolicy niebezpiecznie, a tu gringa sama chodzi.

Gdy byłam tam ostatnio, żeby rozdzielić między dzieci czytania i modlitwę wiernych, Ana Mercede bardzo się o mnie zatroskała. Powodem było mocne słońce i mój brak nakrycia głowy. Chciała mi swoją czapkę pożyczyć, żeby przypadkiem Señoricie słońce nie zaszkodziło.

No i te wszystkie razy, gdy się przez moją ciamajdowatość skaleczę, czy rozdrapię bąbel pokomarowy i pojawia się krew na mojej skórze, a dzieci od razu biegną z papierem toaletowym i cennymi radami, typu: „trzeba iść do señority Alicji, żeby zobaczyła i opatrzyła”. No, bo oczywiście każdą nawet najmniejszą ranę plastrem trzeba zakleić, żeby jakoś sensownie wyglądała:)

A już w ogóle się zmartwiły dzieci, jak na drzewo wylazłam, bo im tam piłka wpadła. Najpierw się martwiły, że spadnę albo zejść nie będę mogła. A później cała akcja była z papierem toaletowym, bo to drzewo miało kolce (ja tu na terenie pustynnym mieszkam), no i oczywiście nawet nie zauważyłam, jak mi te kolce nogi poraniły. Krew się polała, więc dzieci zaczęły ratować i takie zmartwione były tym, że señoricie się coś stało i Alicji musiałam pokazać, oczywiście ze śmiechem, bo to tylko kilka zadrapań było. Ale z racji, że w niedzielę spódnicę ząłożyłam, to przez dwa dni się przejmowały dzieci moimi nogami. A i później pamiętam, że ktoś pytał czy mnie jeszcze boli (nie przypominam sobie, żeby w ogóle bolało).

Czasem wystarczy, że przestaję się uśmiechać i już pytają dlaczego señorita smutna, może chora albo za domem tęskni… I tak im to zatroskanie z oczu bije, że aż serce mięknie i tak się jakoś ciepło robi, że dla kogoś, kto zna cię tak krótko jesteś taki ważny i kochany.

„Señorita jest dla mnie jak mama” dla takich słów warto tu być…

Reaktywacja akcji “zapraszamy do oratorium”

Ile to radości może sprawić rozdawanie ulotek, szczególnie jeśli połączy się to z wizytowaniem domów oratorianów. Villa Kurt Beer widziana trochę z innej strony i w inny dzień, bo zwykle bywam tam w weekendy. Dzieci, rodzice, rozmowy. W pewnym momencie poczułam się częścią tego świata, życia tych dzieci, wpasowałam się w obrazek dnia codziennego, w ulicę z osłem, mnóstwem psów i bawiących się dzieciaków. Szkoda, że nie potrafię przenieść tego widoku na płótno, ale w mojej głowie pozostanie na pewno. Czułam jakiś taki spokój w tym miejscu. Poza tym przez pół dnia nie było mnie w oratorium i już zatęskniłam za dziećmi. Gdy w końcu wróciłam i mogłam je wycałować i wyściskać na jadalni i gdy wychodziły byłam przeszczęśliwa. Wiele radości sprawiło mi tez spotkanie z dziećmi, które kiedyś pojawiały się w oratorium a teraz już ich nie ma. Od niektórych nie pamiętałam imion, ale wszystkie starałam się nakłonić na powrót do Bosconii.

Po południu też roznosiłam ulotki, ale w Nueva Esperanza. Poznałam rodzeństwo jednego z animatorów, dowiedziałam się gdzie mieszka nasza kucharka, spotkałam wiele dzieci, no i chyba zaczęłam się trochę lepiej orientować w okolicy.

Na koniec jeszcze jedna rozmowa z rodzicami, a konkretnie mamą Brayana i Jesus, dzieci z turno tarde, które też się ostatnio nie pojawiały. Ich jednak nie trzeba było przekonywać do tego, żeby przyszli. Przekonać musiałam mamę, żeby im pozwoliła, ale widząc jak się do tego palą i do mnie tulą ostatecznie zmiękła. Doszło mi więc dodatkowe zadanie na jutro – przygotowanie jakiś gier z tabliczką mnożenia dla Jesus.

Jutro Alicja idzie z ulotkami, a ja zostaję w oratorium, żebym się nie zatęskniła za dziećmi:)

„Jaki był ten dzień, czy coś zmienił czy nie…czy był tylko nadzieją…” We mnie chyba coś zmienił, a może tylko odnowił, rozpalił…

´Żadne kazanie nie jest bardziej skuteczne od dobrego przykładu.´ św. Jan Bosko

No to chyba pobiłam rekord w niepisaniu. Ale już się poprawiam i wracam na główną w miejsce tych, co to już chyba w Polsce są i nawet nie mają czasu napisać jak to tęsknią za Afryką…

A w Piura spokojnie, jeśli można mówić o spokoju tam, gdzie są dzieci:) W czasie kiedy się nie odzywałam oczywiście sporo się działo. Były radości i smutki, był czas na zabawę i czas refleksji, pojawiły się nawet łzy szczęścia, a obok nich łzy smutku, a raczej niemocy. Jedno czego nie było, to czas na nudę. Nie ma dla niej miejsca w Bosconii!

Alicja właśnie szuka zdjęć na swoim aparacie, a ja postaram się opisać to, co chciałabym Wam pokazać jeśli zdjęcia się znajdą. Chcąc uczcić comiesięczne wspomnienie św. Jana Bosko (obchodzone każdego ostatniego dnia miesiąca, na pamiątkę Jego śmierci 31 stycznia) podjęłam pomysł Angeli na teatrzyk.

Trochę szukania w internecie, później szybkie dobieranie aktorów i tak oto 30 września zostało odkrytych kilka talentów. Rano na scenie zaistnieli wychowawcy: kleryk w roli św. Jana Bosko, Alicja jako zakrystianin i niejaka mrówka usiłująca wcielić się w rolę Bartłomieja Garelli. O to, co z tego wyszło możecie zapytać dzieci. Zaś po południu…tu mówić możemy o prawdziwych talentach nadgryzionych przez tremę i czekających na oszlifowanie, ale oklaskanych i nagrodzonych wszech pożądaną gaseosą (w tym przypadku ich ulubioną Pepsi).

Niestety zdjęcia przesławnych aktorów: Jeana Pierra, Romario i Jeana Paula zniknęły, ale nie był to ich ostatni występ. Bowiem pewnego piątkowego wieczoru ksiądz dał nam zadanie specjalne – znalezienie aktorów do krótkiej scenki, która została przedstawiona podczas niedzielnej homilii. Do kościoła zawitał więc Samarytanin, prawie żywcem wyjęty z Ewangelii, a grupa 3 aktorów (w tym Jeana Pierra i Jeana Poula) i jednej dublerki (bo wcześniej wybrany aktor spóźnił się na Mszę św.).

A od soboty zaczynam prowadzić warsztaty teatralne i obiecuję pamiętać o uwiecznianiu ich na aparacie.

Sukcesy?

Dziś taki trochę przegląd tygodnia:

18 września (sobota): Po kilku nieudanych próbach dodzwonienia się, wsiadamy z ks. Piotrem w samochód i ruszamy w miasto. Wyczucie czasu mamy idealane, zajeżdżamy przed dworzec Ittsa dokładnie w tym samym momencie co autobus z Limy. Otwiera się brama i nie da się nie zauważyć jednej jedynej blondynki – Alicja jest wreszcie w Piura. Czas mija tak szybko, że nawet nie zdążyłam jej oprowadzić po Bosconii a już zaczęło się oratorio festivo. Alicja wzbudza sensację: żółte zdaniem Peruwiańczyków włosy, niebieskie oczy, wysoki wzrost…:) No i juz pierwszego dnia usłyszałam, że nowa señorita jest lepsza, bo dała każdemu po piłce (a ja to tylko powtarzam, że trzeba grać z innymi). Ach te dzieciaki:)

Trochę starsze dzieciaki zwane animatorami z Oratorio Bartlome Garelli zaskakuja mnie i przychodzą w dość sporej liczbie na spotkanie formacyjne. Kolejny raz przekonuję się, że są bardzo sympatyczni oraz że trzeba z nimi pracować, żeby wydobyć wszystkie ich talenty, by mogli je wykorzystać w pracy w oratorium. Idę spać zadowolona:)

19 września (niedziela):

8:15 wychodzimy z Alicją do slumsów, żeby przyprowadzić dzieci na Mszę świętą. Señora Paca zaprasza nas do domu i trochę rozmawiamy z jej dziećmi, poczym zabieramy wszystkich do Bosconii. Uff…dziś nikt nie wspinał się po drzewie i nie musiałam wychodzić z kościoła, Sixto mi nie uciekł w połowie Mszy, a Milagros przyjęła do wiadomości, że nie może teraz iść do ubikacji. Nie oznacza to jednak, że mogłam się skupić, w niedzielę są zawsze najbardziej szalone Msze. Dzieciaki z pięciu oratoriów oraz te pierwszokomunijne, a także matki karmiące niemowlaki w trakcie Eucharystii, no i wciąż nie umiem Glorii i Credo, trzeba wreszcie siąść i wykuć. Po Mszy świętej wyciągam saltasoga i skaczemy, a później używamy tej samej liny do sprawdzenia swoich sił. Mimo, że liny nie przeciągałam zmęczona jestem bardziej niż dzieci (ktoś musiał wcześniej kręcić), ale odprowadzam trochę braci Acara Chiro niosąc najmłodszego na barana (co wszystkich tu dziwi, a jednocześnie się podoba). Później przygotowania do popołudniowego oratorium, obiad i znowu przygotowania, by w końcu zapakować wszystko na samochód i pojechać na Villa Kurt Beer.  Mikrofon musiał stać się tego dnia moim przyjacielem, hiszpański wznieść się na wyżyny, a cierpliwość dorównać cnotom aniołów, ale udało się. Najpierw tańczyliśmy kaczuszki i labado:) A później, po standardowych problemach w podzieleniu dzieci na grupy i zachowaniu dyscypliny udało się przeprowadzić wyścigi rzędów i odnieść sukces. Dlaczego sukces? Bo zwykle niezintegrowane i obojętne, jeśli chodzi o przynależność do grupy dzieciaki zaczęły sobie kibicować.

20 września (poniedziałek): Myślałam i myślałam i w końcu sobie przypomniałam, że poniedziałek był dniem sukcesu: na moje spotkanie formacyjne przyszło 19 animatorów z oratorium popołudniowego. Byli nawet Ci, których się nie spodziewałam (zapomnijmy o tym, że niektórych musiałam wręcz na siłę ciągnąć), no i wszyscy się zaangażowali w przygotowane przeze mnie ćwiczenia. Spotkanie było krótkie i zasadniczo prowadziło do większego poznania się. W grze zwanej zdaje się cebulą  trochę nam z Alicją nie poszło  i ja musiałam udawać krowę (słynne peruwiańskie „la vacita hace mu”), a ona śpiewać po polsku (ci co mnie znają wiedzą, że wolałabym nawet świnię udawać byle by nie śpiewać). Na zakończenie poniedziałkowa Ewangelia „Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą.”, która jednocześnie stanowiła podsumowanie gry z zaletami korespondującymi z poszczególnymi literami imion oraz modlitwę kończącą.

21 września (wtorek): Dzień rozmów i zaufania czyli kolejne sukcesy. Najpierw rozmowa z Angelą, na tysiąc tematów związanych z oratorium. Później Grecia, która obdarzyła mnie takim zaufaniem, że postanowiła przedstawić swojej mamie. Nie oznacza to oczywiście, że od teraz nie mam problemów z Grecią-buntowniczką, ale pozwala mi dostrzec, że pozostawiam jakieś ślady w życiu małych piurańczyków. Idzie wiosna, a z nią pierwsze owoce, może jeszcze nie pracy, ale samej obecności Mrówki w Bosconii.

Po południu kolejne rozmowy i budowanie zaufania. Tym razem udało mi się dotrzeć do Marlona. Chłopak uciekł z sąsiedniej sali, początkowo nie chciał słowa powiedzieć, ale po moich podchodach w końcu się przełamał. Problemem była czapka i to, co się pod nią kryło. W klasie musi mieć zdjętą czapkę, ale fryzjerka za bardzo go obcięła i się wstydzi. Ostatecznie nie udało mi się go przekonać, żeby zdjął nakrycie głowy, ale wiele się o nim dowiedziałam. Sukcesy są dwa: chłopak się otworzył (na tyle, że nawet zaczął głośno czytać i z moją pomocą zrobił zadanie), nasze chodzenie po slumsach z ulotkami nie poszło na marne, bo właśnie przez taką ulotkę trafił do Bosconii.

Rozmów było więcej, były też zdjęcia dzieci z darami, które mają stanowić prośbę o więcej. A wieczorem próby ściągnięcia z internetu oprogramowania dla lustrzanki Alicji, żeby móc te zdjęcia zgrać.

22 września (środa): Ostatnie zdanie z wtorku tłumaczy, dlaczego właśnie zamykają mi się oczy i nie mogę już nic więcej napisać…

Obrazek
ObrazekMagdalena Rogoś